Uwięzieni pod Uszbą / Trapped near North Ushba 4697m, Kaukaz (Gruzja, 09-2022)
Lucky Luke
0:00 / 0:00
Uwięzieni pod Uszbą / Trapped near North Ushba 4697m, Kaukaz (Gruzja, 09-2022)
2 445 просмотров · 4 года назад
Lucky Luke
64 подписчика
2 445 просмотров · 4 года назад
Ushba na granicy Gruzji z Rosją posiada dwa charakterystyczne wierzchołki: południowy (4700m) oraz północny (4697m), który to jest naszym celem.
Z lotniska Kutaisi jedziemy taksówką do miasta, aby zająć miejsce w marszrutce zmierzającej do Mestii. Po około 5h jazdy wysiadamy w wiosce Becho, gdzie załatwiamy na posterunku wymagane pozwolenie na przebywanie w strefie przygranicznej i udajemy się na nocleg wymęczeni podróżą.
Po deszczowym dniu wychodzi słońce i ukazuje się nam nasz majestatyczny cel. Ze względu na ciężkie ponad 21kg plecaki gospodarz zawozi nas najdalej jak się da, czyli za wioskę Mazeri, dzięki czemu oszczędzamy 5-cio kilometrowego marszu.
Początkowo idziemy w te dzikie góry dobrze oznaczonym szlakiem w kierunku wodospadu Shdugra. Po drodze zatrzymujemy się na posterunku granicznym aby okazać przepustki. Po wyjściu z lasu jest rozwidlenie szlaku: w górę na lodowiec a w dół do wodospadu.
Dalszy szlak o tej porze roku okazuje się bardzo zdradliwy i zarośnięty do tego stopnia, że jest mało widoczny i należałoby mieć ze sobą maczetę ;)
Po pokonaniu blisko 1000m przewyższenia robimy nocleg w miejscu pamięci wspinaczy, którzy zginęli podczas zdobywania Uszby.
Następny dzień to przejście przez piargi i dolny lodowiec pokryty kamieniami. Przed wejściem na górny mocno popękany lodowiec Uszbijski robimy kolejny nocleg, aby rano wejść w zmrożone szczeliny. Przechodząc przez środek lodowca asekurujemy się śrubami i na lotnej. Dalej kierując się w lewo znaleźliśmy wyjście z labiryntu na zakręt lodowca, gdzie zrobiliśmy nocleg stopniowo zdobywając aklimatyzację. Drugą połowę lodowca zostawiamy na kolejny dzień, nie ryzykując że zastanie nas noc podczas pokonywania całości w jeden dzień.
Kolejny słoneczny dzień był nieco pechowy dla Karoliny, bowiem podczas pokonywania szczeliny dziaby puściły i uderzyła kolanem o lód, co miało późniejsze skutki. Po przejściu lodowca wyszliśmy na spore śnieżne pole na wysokości 3800m, gdzie przy skałach założyliśmy nasz obóz z widokiem na masyw Elbrusa.
Podczas gdy Karolina odpoczywała w namiocie, ja tego dnia wyszedłem zrobić rozeznanie drogi na szczyt.
Wszedłem na płaskowyż, a następnie trochę zapadając się trawersowałem strome śnieżne zbocze pod serakiem (Bolster) na Uszbiańską Poduszkę (Ushba Pillow) w kierunku lodospadu i Skał Nastenki. Po około 3h od wyjścia stanąłem przed lodową ścianą o nachyleniu 70 stopni na wysokości ~4200m. Postanowiłem spróbować wejść kawałek i przejść na skały, które może okażą się lepszą drogą w górę. Niestety skały okazały się jeszcze gorszym wariantem, było za ciepło i bardzo krucho, nic się tam nie trzymało, a każdy chwyt mógł okazać się ostatni. Lód z kolei był bardzo twardy, trzeba było ze trzy razy mocno się zamachnąć aby się wbić, co było bardzo męczące. Jeden mały błąd i nie ma możliwości się zatrzymać, więc powoli i ostrożnie zacząłem się wycofywać. Po zejściu ze ściany i chwili odpoczynku ruszyłem w drogę powrotną.
Schodząc widziałem nadchodzącą zmianę pogody. Potwierdziło się również Karolinie kiedy w końcu udało się złapać zasięg i otrzymać prognozę. Wcześniej byliśmy otoczeni skalnymi ścianami i nie było mowy o zasięgu telefonu w poprzednich dniach.
Niestety kontuzja kolana okazała się poważniejsza utrudniając chodzenie, a zwłaszcza uniemożliwiała dalsze jego obciążenie. W trakcie mojego wyjścia koleżanka Karoliny wybiła jej z głowy samodzielne zejście i z Polski poinformowała służby i ambasadę o potrzebie helikoptera. Tyle że to nie Alpy, aby śmigło przyleciało w ciągu 30 minut. Służby ratunkowe nie są tak dobrze zaopatrzone i nie dysponują helikopterem na zawołanie, wymaga to czasu i weryfikacji formalności.
Załamanie pogody przerodziło się w silny wiatr i ciężkie opady śniegu, a potem przez całą noc burze z trzaskającymi piorunami wokół nas. Hałas był tak duży że musieliśmy wręcz krzyczeć do siebie, a o zaśnięciu nie było mowy, mogliśmy tylko patrzeć i zastanawiać się czy uderzy w nas piorun czy może wiatr rozerwie namiot na strzępy.
Udało się przetrwać do rana, ale i tak w ciągu dnia nie mogliśmy nic zrobić i nigdzie się ruszyć, tylko tutaj mogliśmy złapać zasięg i być w jako takim kontakcie ze służbami.
Kolejne 2 dni i noce spędziliśmy na odkopywaniu co kilka godzin kurczącego się namiotu, gdyż nie przestawało padać i wiać. Miejsca w namiocie było coraz mniej, a nasze zapasy na wyczerpaniu.
W końcu 8 dnia naszej wyprawy przejaśniło się i była szansa na wydostanie się z tego ciągłego przeciągu.
Czekaliśmy więc na ratunek, który nadszedł dopiero po 4 dniach. Spakowani od rana gotowi do zabrania czekaliśmy na mrozie i wietrze. Niestety mijały godziny patrząc jak nadchodzi ponowna zmiana pogody na gorsze. Wiedzieliśmy, że jeśli nie teraz to utkniemy u góry na kolejne dni, tym razem już bez jedzenia i gazu.
Po godz. 15 dostrzegliśmy helikopter, który zabrał nas do Mestii, gdzie na lotnisku czekała karetka, która zabrała Karolinę do szpitala.