11 Konstrukcji Z PRL, Które Przeżyły Własne Fabryki I Dawne Bazy
Stara Baza
0:00 / 0:00
11 Konstrukcji Z PRL, Które Przeżyły Własne Fabryki I Dawne Bazy
660 просмотров · 13 дн. назад
Stara Baza
60 подписчиков
660 просмотров · 13 дн. назад
Za stodołą u dziadka stoi buda bez kół, obrośnięta pokrzywami, i sąsiedzi mówią, że to kurnik. A to jest samochód, który woził ten kraj: chleb, mleko, cement, ludzi na budowę. W tym odcinku pokazuję jedenaście maszyn z czasów PRL, które do dziś stoją w lasach, za stodołami i na tyłach dawnych baz transportowych — i mówię o nich tak, jak się o nich mówiło na placu przed wyjazdem, a nie tak, jak się pisze na muzealnej tabliczce.
Zasada doboru jest jedna i trzymam się jej przez cały odcinek: biorę wyłącznie te maszyny, które jeszcze jeździły, kiedy je odstawiono, i zostały tam, gdzie stanęły. Żadnych wypolerowanych eksponatów z lakierem lepszym niż w dniu odbioru. Żadnych wraków pociętych na złom. Tylko te, które ktoś postawił na klockach, zdjął koła, powiedział „zimą się nią zajmę" — i nie zajął się nią przez trzydzieści lat.
Idziemy od jedenastego numeru w dół, a im dalej, tym maszyny są cięższe. Będzie dostawczak złożony z pożyczonych części, który wstawał przed czwartą, żeby chleb był w sklepie przed otwarciem. Będzie wóz z drewnianymi burtami, po którym zostaje dziś sam szkielet za budynkiem dawnej spółdzielni. Będzie czeski ciągnik z naczepą, w którym kierowca nocował na siedzeniu z nogami na silniku, bo tam było najcieplej, i wiózł ze sobą dwie rzeczy zawsze: koc i lampę lutowniczą. Będzie wywrotka, w której kabinie dziś rośnie brzoza gruba jak ręka. Będzie ciężarówka, od której wielka fabryka zaczęła nie sukcesem, a bolesną porażką — około siedmiu tysięcy egzemplarzy i koniec tematu. Będzie też konstrukcja, która dała podwozie pod wóz gaśniczy stojący do dziś w wielu remizach ochotniczej straży, kiedy jej zwykłe wersje dawno poszły w krzaki.
A na końcu listy jest maszyna, przy której zamilkłby każdy warsztat. Wrak wyciągnięty z zawalonej stodoły: nadwozie przeżarte korozją, blacha rozsypująca się pod palcem, wszystko, na co patrzy się i mówi „złom". Ktoś podłączył paliwo, spróbował — i silnik odpalił bez najmniejszego problemu, zdrowy jak dzwon. Dziś ta ciężarówka stoi na ekspozycji muzeum, przepchnięta na halę rękami pracowników, bo o własnych siłach nie miała jak tam wjechać.
W każdym punkcie jest ta sama rzecz, o której dziś się nie pamięta: praca. Nie dane techniczne, nie rok modelowy, a to, co kierowca robił rękami. Podbijanie panewek podkładkami z blachy, na oko i na słuch. Regulacja hamulców kluczem, na leżąco, w rowie przy szosie. Uszczelka wycięta nożykiem z płyty korkowej, bo na część czekało się miesiącami. Jazda bez sprzęgła do bazy, na obrotach i na słuch. Woda spuszczana z chłodnicy na noc i noszona rano wiadrem z kotłowni. Wtedy naprawiało się w polu, dziś dzwoni się po lawetę i jedzie do domu autobusem — i to nie jest narzekanie, to po prostu różnica.
Mówię też uczciwie o tym, czego nikt nie wie: ile takich maszyn jeszcze stoi w Polsce. Spisu nie ma, źródła nie mówią jednym głosem, a znaleziska wychodzą przypadkiem — czasem po sześćdziesięciu latach, z lasu, gdzie pojazd służył za magazyn na ule.
Jeśli jeździłeś na którejś z tych maszyn albo taka stoi u ciebie za oborą, napisz w komentarzu, co to jest i czy silnik jeszcze się obraca ręką za wentylator. Zostaw łapkę w górę i zapisz się na kanał, jeśli lubisz, kiedy o starym sprzęcie opowiada ktoś, kto siedział za jego kierownicą.